sobota, 1 czerwca 2013

Prolog

         Dzisiejszy dzień zapowiadał się na bardzo upalny. Ludzie z wioski wyjechali relaksować się na oddalone o kilka kilometrów jezioro. Była tam szeroka piaszczysta plaża i miejsce na namioty. Niestety dzieci nie mogły pojechać z rodzicami, musiały iść dziś do szkoły niedzielnej.
         W godzinach przedpołudniowych ulice były już puste. Powietrze było przesiąknięte wszechobecnym spokojem i błogą ciszą. Jedynie od czasu do czasu dało się słyszeć głośny śmiech dzieci. Biegały one po ulicach wioski z wiadrami po brzegi wypełnionymi zimną wodą. Służyła im ona do wzajemnego oblewania się w ramach zabawy, pomagającej ochłodzić się.
         Woda lała się strumieniami, już po paru minutach wyśmienitej zabawy wszystko było mokre ,a dzieci leżały na rozgrzanym asfalcie, aby po chwili rozpocząć zabawę od nowa.
         Jednak jak długo można bawić się w to samo? Po dwóch godzinach ''lany poniedziałek'' zrobił się już nudny. Poza tym za 20 minut miała odbyć się lekcja z księdzem. Dzieci przemoczone do suchej nitki smętnie ruszyły z opróżnionymi wiadrami w kierunku kościoła. Ich grobowe miny mówiły same za siebie- niezbyt lubiły te weekendowe zajęcia. Trwały one zazwyczaj aż 2 godziny. Dwie godziny, które można by wykorzystać w dużo ciekawszy sposób, niż czytając ewangelie. W tym czasie mogły pograć w piłkę nożną, kąpać się w jeziorze, czy pojeździć na rowerze zwłaszcza że na dworze była taka piękna pogoda.
         Od piątku do soboty uczyły się w szkole, a w niedziele- dzień wolny od nauki i nauczycieli, swój cenny czas marnowały w towarzystwie księdza Geralda.
         Widok duchownego nigdy nie wzbudzał w nich ufności. Był to wysoki, kościsty mężczyzna, można by go wręcz nazwać anorektykiem. Miał blade oczy, o dziwnym wyrazie, a jego uśmiech wywoływał na ciałkach dzieci dreszcze.
         Ostatnie metry dzielące gromadkę od kościoła, dzieci pokonywały w ciszy. Potykając się o własne nogi, posuwały się powoli do przodu. Żadne z nich nie chciało wejść TAM jako pierwsze. Każdy miał wzrok wbity w podłoże i z tak zwieszonymi głowami dotarli do progu świątyni.
         Dzieci od razu hurtem ruszyły w kierunku ostatnich ławek. Księdza Geralda jeszcze nie było, więc mogły swobodnie wymieniać opinie na jego temat. Podczas gdy dzieci oddawały się rozmowom, do kościoła wszedł duchowny. Niósł ze sobą krzesło i ewangelię. Ksiądz uśmiechną się na ich widok oraz wskazał ręką, by przesiadły się do bliższych ławek. Zrobiły to,aczkolwiek z wielkim ociąganiem.
         Po raz kolejny otworzyły się drzwi i do kościoła wpadły z kilku sekundowym opóźnieniem dwie piękne ciemnowłose, może dziesięcioletnie siostry bliźniaczki. Obie od razu ruszyły pewnym krokiem do pierwszych ławek. Równocześnie zarzuciły włosami do tyły i założyły nogę na nogę. Ksiądz ucieszony do granic możliwości łypnął na nie okiem, a w jego wzroku błysnęły dziwne iskierki. Dziewczyny widząc to, spojrzały na siebie niepewnie. Od tej pory cały czas wierciły się na krzesłach, dziwnie się czując.
         Duchowny rozpoczął w końcu lekcję. Siostry wpatrzyły się z żywym zainteresowaniem w księdza. Dziewczynki naprawdę lubiły uczyć się religii. Do kościoła chodziły z równie wielkim entuzjazmem, jedynym minusem jaki dostrzegały był ksiądz Gerald, który na pewno nie był duchownym z ich marzeń.
         Ksiądz przerwał na chwile lekcję zastanawiając się nad czymś głęboko. Po kilku bezgłośnych sekundach ocknął się z zamyślenia i powiedział:
-Chodź Vee.- zwrócił się do jednej z bliźniaczek.- Chodź do mnie i przeczytaj fragment z tej strony.- rzekł wskazując palcem ewangelię.
Vee rzuciła zrozpaczony wzrok na będących z nią w klasie rówieśników i posłusznie spełniła prośbę- rozkaz duchownego. Ksiądz czekał już na nią siedząc na krześle i z niecierpliwością klapał się po udach. Dziewczynka tak jak tego oczekiwał usiadła mu na kolanach. Gerald od razu mocno objął ją w pasie i przytulił do siebie. Vee drżącym głosem zaczęła czytać przypowieść'' o miłosiernym samarytaninie'', kiedy to ksiądz swoimi kościstymi łapami głaskał dziewczynkę od kolan aż po końcówkę ud, był to straszny widok. Przerażona Vee zaczęła szlochać, a po chwili jej ciche pochlipywanie zmieniło się w gromki płacz. Łzy niemal całkowicie pokryły policzki dziewczynki, lecz ta nie odważyła się wyrwać ks. Geraldowi.
          Siedzące na przeciwko nich dzieci zamarły z przerażenie. Strach zżerał je od środka, nie pozwalając ruszyć się z ławek. Sieroty z przytułku prowadzonego przez Geralda wiedziały, że zaraz wydarzy się coś okropnego. Ksiądz przesunął językiem po swoich wargach i nachylił się ku wystraszonej Vee. Wszystko obserwujące dzieci, tego już nie wytrzymały. Zerwały się jak na jeden gwizdek z ławek i zaczęły uciekać w stronę wyjścia. Bliźniaczka Vee szybko podbiegł do siostry, wzięła ją za rękę i zanim duchowny zorientował się, wyrwała ją z jego objęć. Chwilę później jako ostatnie wybiegły z katedry. Wypadły na gorące letnie powietrze i nie zwalniając tempa pognały za innymi dziećmi.  
         W świątyni zostały tylko dwie osoby. Ksiądz Gerald siedzący na krześle przed ołtarzem , który nadal nie zauważył leżącego przed sobą małego chłopca. tym chłopcem był Luck, najmniejsze dziecko należące do przytułku. Biedak potknął się przy chaotycznej ucieczce.
         Dziecko dostrzegło księdza i powoli zaczęło skradać się między ławkami. Niestety Gerald dosłyszał jego kroki, wstał i zaczął przechadzać się po kościele lustrując wszystko swoimi bladymi oczami.. Z głośno bijącym sercem Luck zaczął wycofywać się na tyły kościoła . Kiedy Gerald, także dotarł do ostatniej ławki, przykucnął i dostrzegł kontem oka nieznaczny ruch. obrócił się gwałtownie w lewo. W następnej chwili patrzył już w rozszerzone źrenice chłopca.
         Ksiądz i Luck wpatrywali się w siebie. Na twarzy duchownego pojawił się triumfalny uśmiech. Chłopiec widząc zbliżającego się duchownego nie był zdolny do kontynuowania ucieczki. Gerald podszedł do niego trzepocząc głośno habitem, w cichym jakby zamarłym ze strachu kościele. Pochylił się nad chłopcem, wziął go za rękę i zaczął prowadzić w stronę zakrystii. Pomimo tego, że w chłopcu każda komórka rwała się do ucieczki, to szedł potulnie za księdzem, nie stawiając najmniejszego oporu. Wiedział, że prędzej czy później TO i tak by się wydarzyło, a tak przynajmniej szalony Gerald da mu spokój na następne kilka tygodni. A więc teraz szedł z zacięta miną i małą łzą spływającą jakby w zwolnionym tempie po pobladłym policzku.
         W końcu męczeńska droga, mająca zaledwie kilkanaście metrów, a trwająca dla chłopca całe wieki , dobiegła końca. Ciężkie mosiężne drzwi zakrystii zatrzasnęły się za wchodzącymi napełniając pusty kościół hukiem. Po tym krótkim donośnym dźwięku zapanowała cisza przerywana jedynie od czasu do czasu krzykami i szlochami Lucka oraz szaleńczym śmiechem księdza.